Ileż to razy słyszałam to zdanie i towarzyszące mu głębokie westchnienie, gdy wspominałam, że mieszkam na nadbużańskim Podlasiu? Ileż to razy czytałam to zdanie okraszone stosownymi emotikonami w komentarzach pod postami o Suwalszczyźnie?
CZAS
Umówiliśmy się, że dzielimy czas na sekundy, minuty, godziny, doby, co powinno ułatwić nam poruszanie się w gąszczu codziennego życia. W jednej dobie musimy zaś zmieścić rozmaite zajęcia – pracę, domowe obowiązki, odpoczynek, sen. Utarło się przekonanie, że gdy poruszamy się w codziennej rutynie, czas płynie nam szybko, a zwalnia, gdy oddajemy się błogiemu odpoczynkowi, najlepiej na łonie natury.
Jeśli mamy w życiu punkty stałe, można odnieść wrażenie, że kręcimy się w kółko. Od wschodu do zachodu słońca, od wiosny do wiosny. Od początku roku szkolnego do początku wakacji, od urlopu do urlopu. Ale nawet jeśli poczucie czasu jest względne, to niestety to nieprawda, bo czas zawsze płynie tak samo. Po prostu mija. Dla każdego z nas płynie w jedną stronę – od narodzin do śmierci.
SUWALSZCZYZNA
Dużo myślałam o czasie w trakcie dwóch tygodni spędzonych w krainie, w której czas powinien płynąć zdecydowanie wolniej, ale niestety płynął jak zwykle i ulubiony moment w roku znów przeszedł do historii mojego życia. A było tych suwalskich momentów wiele. Pierwszy przytrafił mi się w 1988 albo 1989 roku. Nasz nauczyciel historii wpadł na pomysł, żeby uczestników kółka historycznego zabrać na półwędrowny obóz. Pół, bo bazę mieliśmy stałą – w szkole w Jeleniewie spaliśmy, a stołowaliśmy się Pod Jelonkiem – ale Suwalszczyznę przemierzaliśmy głównie pieszo. Dla mnie była to miłość od pierwszego wejrzenia i, jak się okazało, na lata, bo chociaż mijają kolejne dekady, zawsze ruszam tam jak na skrzydłach i wyjeżdżam ze łzami w oczach. Tym razem było tak samo, a może nawet bardziej.
Od ponad trzydziestu lat wracam na Suwalszczyznę każdego lata. Przez wiele sezonów było to miejsce na wakacje i przedłużone letnie weekendy. Kilka lat temu Suwalszczyzna stała się dla mnie także miejscem pracy.
FESTIWAL LITERACKI PATRZĄC NA WSCHÓD
Nie uczestniczyłam w nim od początku, ale poznając opowieści organizatorów i uczestników pierwszych edycji, wiedziałam, że wreszcie muszę tam dotrzeć. I w 2019 roku postanowiłam się po prostu wprosić. Zgłosiłam się do Piotra Brysacza, z którym znałam się z targów książki w Białymstoku, z propozycją prelekcji o Rumunii. Zrobiłam to dosłownie w ostatniej chwili. Piotr zgodził się jednak, przepraszając jednocześnie, że nie może mi zaproponować honorarium i lepszego terminu niż wystąpienie pierwszego dnia w godzinach bardzo wczesno popołudniowych. Nie miałam nic do stracenia, no i bardzo chciałam na ten festiwal w końcu dotrzeć. Zgodziłam się. Ku mojemu zaskoczeniu na wystąpienie dotarło całkiem spore grono słuchaczy. Sam przyjazd do Budy Ruskiej tamtego sierpnia 2019 roku uruchomił całą lawinę zdarzeń, które toczą się do dziś. Stał się też początkiem pięknej przyjaźni.
Od tamtego momentu przyjeżdżam nad Czarną Hańczę co roku. Występowałam na festiwalu w charakterze autorki dwóch książek – o Rumunii i Podlasiu nadbużańskim, a od kilku lat prowadzę też spotkania z festiwalowymi gośćmi. Nie inaczej było i tym razem.
PRZEZ AMAZONIĘ I INDIE DO PUSZCZY AUGUSTOWSKIEJ
Na dwunastym już festiwalu przypadło mi w udziale poprowadzenie siedmiu rozmów. Na pierwszy rzut oka niezbyt wiele mogły mieć ze sobą wspólnego. Bo gdzie Suwalszczyzna, a gdzie Indie? Okazało się jednak, że ułożyły mi się w cykl dyskusji o współczesnym świecie, w którym wielkie odległości nie sprawiają, że problemy są inne. Można je objąć jednym terminem – globalizacja – oznaczającym w tym wypadku bezmyślną eksploatację przyrody bez uwzględniania potrzeb ludzi i warunków przyrodniczych konkretnego miejsca na ziemi. Dewastacja środowiska naturalnego dotyczy zarówno Amazonii, jak i Sundarbanów, okolic Jeziora Aralskiego czy Puszczy Augustowskiej. Czasem szkodliwe działania motywuje się postępem, ale tak naprawdę zawsze chodzi o zysk. A cierpią najsłabsi. I przyroda. Rozmowy z Mateuszem Marczewskim i Martą Sawicką-Danielak były raczej mało optymistyczne, co nie oznacza, że mnie nie wciągnęły. Sporo poważnych tonów wybrzmiało też w czasie spotkania z Wojciechem Góreckim, chociaż tu okazało się, że Kazachstan może być intersującym celem podróży. O podróżowaniu po swojemu gadałam z Moniką Radzikowską, autorką „Opłotków”, czyli jednej z moich najbardziej ulubionych książek tego roku. Nie uciekłyśmy całkiem od spraw tak trudnych jak wojna tuż za naszą granicą czy zbyt duże tempo zmian zachodzących wokół nas. Nawet rozmowa o Puszczy Augustowskiej, miejscu tak niezwykłym, nie obyła się bez wątków o ginących gatunkach i zmianach klimatycznych, które mogą znacząco przemodelować ten wyjątkowy ekosystem. A w rozmowie z Krzysztofem Snarskim pojawił się wątek mijającego czasu. Krzysztof twierdzi, że na Suwalszczyźnie płynie wolniej. Mnie jednak nie przekonał, bo rozmawialiśmy ostatniego, czwartego, dnia festiwalu, gdy ja zastanawiałam się, gdzie podziały się trzy poprzednie. Dobry nastrój uratowało spotkanie z Grzegorzem Kasdepke i jego dziecięcą publicznością. W dzieciach cała nadzieja!
Jako słuchaczka nie angażowałam się w tym roku za bardzo, starając się pogodzić życie festiwalowe z napawaniem się Suwalszczyzną w towarzystwie przyjaciół. Jednego spotkania jednak nie mogłam odpuścić. Rigels Halili i Adam Balcer opowiadający o związkach polsko-bałkańskich to jest duet doskonały. Potężna wiedza, pamięć do szczegółów i niesamowita energia między panami sprawiły, że słuchało się tego wszystkiego wybornie. Chociaż pozwolę sobie nie zgodzić się z tym, że Rumunia to Bałkany (a w każdym razie nie cała Rumunia). Jest to jednak tylko drobny przypis z mojej strony, a o Rumunii zawsze miło posłuchać, więc ogólny bilans i tak wypada na plus. Nikogo pewnie nie zaskoczę tym, że z Suwalszczyzny wróciłam z nową książką – „Turcja, Wielki Step i Europa Środkowa” Adama Balcera właśnie. Kolejna pozycja na półkę z książkami z serii Biblioteka Europy Środka Międzynarodowego Centrum Kultury.
ROZSTANIA I POWROTY
Upływający czas oznacza również rozstania. Z festiwalem pożegnał się jego dyrektor artystyczny Piotr Brysacz. To wielka zmiana, bo współtworzył go od samego początku i przez lata prowadził większość festiwalowych spotkań. Brak Piotra na festiwalowym podwórku to koniec pewnej epoki. Mówi się, że coś się kończy, coś się zaczyna. Ale czasem jest tak, że po prostu coś się kończy.
Zakończył się też mój kolejny letni suwalski czas. Kilkanaście długich dni rozpoczynających się powolnymi śniadaniami, wypełnionych leśnymi spacerami (chodziliśmy do lasu codziennie, bo obrodziło kurkami!), wycieczkami po bliższej i dalszej okolicy, a wreszcie posiadówy ciągnące się długo w noc, bo wciąż nam było za mało godzin, by się porządnie wygadać.
Mam nadzieję, że wrócimy znów w sierpniu w to samo miejsce nad Marychą i w tym samy składzie, ewentualnie powiększonym. I znów będziemy spacerować, gadać i spoglądać w gwiazdy.
A na ten czas oczekiwania zostają setki zdjęć. Mamy też książki, które przybliżają ten najwspanialszy region Polski. Może do następnego sierpnia do listy tytułów, które będę mogła polecić, dołączy powieść, która czeka na wydanie, a której akcję umieściłam właśnie w Budwieciu nad samą Marychą. W powieści pojawia się restauracja Pod Jelonkiem, która jakimś cudem nie tylko istnieje do dziś, ale nawet znacząco się rozrosła. Może jednak jest na tym świecie coś wiecznego?