Zamiast spełnienia marzenia z lat nastoletnich była wizyta w przedpieklu. Dlatego chociaż nigdy nie robiłam sobie selfie w ładnych miejscach, od teraz nie będę ich robić jeszcze bardziej. Wszystkiemu winni ludzie. Bo jak mawiał klasyk: Italia wspaniała, ale ludzie …, czyli zrzęda wraca z podróży z walizką refleksji o życiu.
ZAWSZE WRACAM W TO SAMO MIEJSCE
Media społecznościowe polegają dziś na tym, że wyświetlają człowiekowi nie to, co on chce, tylko to, co zdaniem SM-ów powinien chcieć. Dlatego nie widzę prawie wpisów znajomych, za to ciągle wpadam na posty ludzi, których nigdy w życiu nie spotkałam i prawdopodobnie nie spotkam. I w takim właśnie trybie logiki algorytmów wyświetlił mi się post, który zaczynał się od zdania: „Mam jedną złotą zasadę w podróżach: nigdy nie wracam dwa razy do tego samego miasta”. Otóż ja mam zasadę dokładnie odwrotną – wracam. Wracam i to uparcie, bo uważam, że bez powrotów podróże nie mają najmniejszego sensu. Dlatego od ćwierć wieku wracam na Węgry, zaglądam na Słowację, a od blisko dwudziestu kręcę się po Rumunii. I dlatego znów pojechałam do Italii, bo skoro się powiedziało a, trzeba recytować alfabet dalej. Znów więc wpadłam do Gubbio, Orwieto, Sieny i Spoleto. Zjadłam lody w tej samej gelaterii, wypiłam aperitivo w tym samym barze, kupiłam oliwę u tego samego producenta. Tylko powtarzalność pozwala mi na poczucie związku z miejscem, a ja podróżuję, żeby poczuć związek – moją przynależność do tego niewielkiego fragmentu świata. Lubię być zakorzeniona, ale i odczuwam potrzebę dawania czegoś w zamian, nie tylko pieniędzy, a bardziej czasu i uwagi.
Żeby się dobrze zakorzenić, nie wystarczy jednak pojechać. Muszę zdobywać wiedzę. Z Italią było trochę inaczej niż z Węgrami czy Rumunią. To Włochy były moją pierwszą (dzieloną z Francją) miłością. Skrytym marzeniem, o którego spełnieniu nawet nie śmiałam śnić. Czytałam i wyobrażałam sobie Florencję, Rzym, Wenecję, nie mając żadnej nadziei na to, że kiedyś tam dotrę. Książki zastępowały ten nieosiągalny dla mnie wówczas świat. Szczęśliwie literatury około włoskiej nigdy u nas nie brakowało. Los ostatecznie pokierował mnie na romańskie południe – ale jak to los, bywa czasem nieco przewrotny i zamiast do Italii, rzucił mnie do Rumunii, w której musiałam się zgodnie ze swoim wewnętrznym imperatywem porządnie zakorzenić. Trochę czasu mi to zajęło, ale nie żałuję ani minuty. Stałam się specjalistką od Rumunii, która w latach mej fascynacji Italią nawet nie istniała w granicach mojego wyobrażonego uniwersum.
Nic raczej dziwnego w tym, że poświęciwszy Rumunii blisko dwie dekady, z coraz większą irytacją obserwuję wysyp znawców tego kraju. W ostatnich kilku latach obserwuję wysyp najlepszych tras i planów zwiedzania. Autorami są ludzie, którzy po weekendzie w Bukareszcie wiedzą już wszystko o Rumunii i Rumunach, udostępniają na blogach „obszerne przewodniki”, doradzają, gdzie najlepiej zjeść i co trzeba zobaczyć. Z podziwu godną bezczelnością jednorazowi podróżnicy, nigdy nie wracający dwa razy w to samo miejsce, publikują filmy i wpisy z tymi swoimi najlepszymi planami, które od razu obnażają ich wtórność i kompletny brak orientacji w terenie, o którym z taką pewnością siebie opowiadają. Zaletą tego okropnego trendu jest to, że wszyscy powtarzają jak papugi te same adresy, te same miejsca i te same trasy (wada: powielają te same błędy), dzięki czemu moje ulubione zakątki wciąż pozostają znane niewielkiemu gronu prawdziwych miłośników Rumunii. Podobnie rzecz się ma z Węgrami i wszystkimi innymi miejscami na Ziemi. Ale póki co żyjemy w tej części świata, w której panuje wolność wyboru sposobów podróżowania i nie mogę nikomu zakazać podobnych praktyk.
Jedyne co mogę, to robić to inaczej. Zatem plan zwiedzania Italii realizuję zgodnie z przyjętą przeze mnie zasadą wiecznych powrotów. Nie oznacza to jednak robienia w kółko tego samego. Rzecz w tym, żeby pogłębiać. Jeśli dwa lata temu trafiłam do Udine na chwilę, to teraz zaplanowałam w tym mieście dłuższy przystanek – nic nie robi tak dobrze zgłębianiu, jak pozostanie gdzieś na noc, przyjrzenie się, jak wygląda cykl dobowy mieszkańców, i pójście ich śladem. Ten sposób, wypróbowany przeze mnie po wielokroć, pozwala zbliżyć się do prawdy. Czymś zupełnie innym jest wpaść do Myken na chwilę w godzinach turystycznego szczytu, a czym innym zasypiać w ciszy, którą zakłócają tylko cykady, a potem obudzić się zanim zacznie się upał i rozpocząć dzień sokiem z pomarańczy zerwanych w sadzie za oknem, gadając z gospodarzem. Czymś zupełnie innym jest przeciskanie się przez żądny krwi Draculi tłum kłębiący się w wąskich uliczkach Sighișoary, od wieczornego spaceru po pustym górnym mieście.
Moja włoska mapa powoli się wypełnia, zapełniana właśnie tym sposobem – zostawania, przystawania i przyglądania się. Nie oczekujcie ode mnie więc porad, planów wycieczek i poleceń, gdzie zjeść. To ostatnie uważam zresztą za szczególnie ryzykowne, bo to co smakuje mnie, może nie smakować już nikomu innemu. Mam na potwierdzenie tej tezy przykład z ostatniego wyjazdu. Nad pewnym jeziorem w górach, którego nazwy nie zdradzę, a nad którym spędziłam kilka pięknych dni (a dokładniej ranków i nocy, bo za dnia penetrowałam okolice) w całkowitej ciszy i spokoju, gospodarz na pożegnanie zaserwował miejscowy trunek, który, ku jego zdziwieniu, bardzo przypadł mi do gustu. Wyrazisty ziołowy smak z mocną nutą goryczy to nie jest coś, co, jak przyznał zgodnie ze swoim dotychczasowym doświadczeniem, kobiety lubią. Ja lubię. Podobnie jak mocną gorzką kawę, pitą na jednej nóżce przy barze, konfiturę z pomarańczy i bardzo kwaśne lemoniady oraz najwytrawniejsze wina i spaghetti aglio olio e peperoncino.
Nie spodziewajcie się też mojej książki o Włoszech i to nie tylko dlatego, że byłam tam dopiero cztery razy, ale także dlatego, że o tym kraju pisali już najwięksi. Pozostając na naszym polskim podwórku, wystarczy wymienić chociażby Herberta, Herlinga-Grudzińskiego i Iwaszkiewicza. Zanim więc Filipiak ośmieli się coś dodać od siebie, musi upłynąć w Padzie mnóstwo wody. A skoro już o książkach mowa, to pora na kolejną niezbyt wesołą obserwację.
JAK RATOWAŁAM KAMERALNĄ KSIĘGARNIĘ
Nie przyszłoby mi do głowy, że kupienie książek w Asolo będzie misją ratowania małej księgarni. Słuchając, co tamtejsza księgarka mówi o włoskim rynku książki, poczułam się właśnie jak misjonarka. A przecież Włosi uregulowali rynek, wprowadzili stałą cenę na nowości, obowiązującą przez 18 miesięcy. Ten cudowny środek ma, według naszych rodzimych entuzjastów i zwolenników JCK, między innymi ratować kameralne księgarnie. Słowa księgarki z Asolo niestety przeczą tej wspaniałej wizji. To, co opowiadała, jako żywo przypomina sytuację z polskiego podwórka – mała księgarnia w małym mieście nie jest w stanie utrzymać się sama. To, że jeszcze trwają na posterunku, zawdzięczają księgarni-matce z większego ośrodka, która, podobnie jak księgarnia-córka, podpięta jest pod sieć. I rzeczywiście, potem zaczęłam się przyglądać szyldom w innych miejscowościach – wszędzie ta sama nazwa. Po powrocie zajrzałam do Internetu, żeby sprawdzić, co się o włoskim rynku książki mówi, co mówią czytelnicy. I cóż odkryłam? Che sorpresa! Włoscy czytelnicy skarżą się, że książki są za drogie i jeśli już kupują, to raczej starsze i z drugiej ręki.
Może czas sobie wreszcie jasno powiedzieć – rynek książki musi się całkowicie zmienić, bo świat się zmienia. Na ratowanie trupa jest już za późno. No ale sama jestem częścią tych zwłok, więc w empatycznym odruchu, zupełnie spontanicznym, zapytałam najpierw o słownik, a potem zdjęłam z półki podręcznik. I tak zamiast z małym notesikiem za kilka euro wyszłam z księgarni lżejsza o bardziej znaczącą kwotę, za to z myślą, że księgarniany raport na koniec dnia może komuś dać nieco więcej radości (albo mniej smutku).
KONIEC JĘZYKA
To, co także mnie wkurza u tych wszystkich city-breakowców, to to, że wpadają gdzieś na pięć minut z przekonaniem, że nie tylko wszyscy na nich czekają, ale że czekają na nich po angielsku. Miejscowy język dla nich nie istnieje, nie liczy się jego ortografia, melodia i regionalne specyfiki. A tymczasem bez próby posmakowania języka nie da się nawet naskórkowo poznać żadnego miejsca. Mój zakup w księgarni był może spontaniczny, ale nie był przypadkowy.
Lubię zadupia. Noclegów szukam po wsiach, gdzieś na końcu drogi, po sezonie, gdy otwarte są już tylko knajpy odwiedzane przez miejscowych albo nie ma w ogóle żadnych knajp. W takich miejscach najczęściej ludzie mówią wyłącznie po swojemu. Żaden english nie pomoże. Już dawno przekonałam się, że gdy wyduka się kilka choćby kilka słów w używanych na tych zadupiach językach, zaczyna się zupełnie inna rozmowa. Czasem w ogóle dopiero się zaczyna, bo wcześniej z tym twoim angielskim traktowali cię, jakbyś była przezroczysta. Wyjątkiem jest Rumunia, bo tu niemal zawsze i wszędzie znajdzie się ktoś, kto zna współczesną lingua franca, czasem nawet bardzo dobrze, ale Rumuni od dawien dawna żyjący w wielojęzycznym otoczeniu mają zamiłowanie i łatwość uczenia się języków. Tacy Węgrzy i Włosi to jednak zupełnie inna bajka. Ci pierwsi mają bardzo złożone powody niechęci ku obcym językom. Włosi angielskiego uczyć się nie muszą – świat i tak do nich przyjedzie, a jak przyjeżdża, to niech się po włosku mówić nauczy.
Więc ja się uczę. Tym chętniej, że próg wejścia jest bardzo łatwy. Wiem, że potem już tak przyjemnie nie będzie, ale ogromną frajdę sprawia mi nauka i cieszę się tym, że coraz więcej rozumiem i potrafię już tyle powiedzieć. Kolejny korzonek zapuszczony i byłoby jak w raju, gdyby nie wizyty w takich miejscach jak miasto Medyceuszy.
PIEKŁO
Nie może być przypadkiem, że urodzony właśnie w tym mieście poeta, tworzący w dialekcie toskańskim, wpadł na pomysł opisania piekła. Zrozumiałam to już w momencie, gdy wyszłam z pociągu na stacji Santa Maria Novella. Potem było tylko gorzej. I problem nie w tym, że wokół „Okropne gwary, przeliczne języki”. W takim mieście to zupełnie normalne, że pełno tu ludzi ze wszystkich zakątków świata. Problem w tym, że przyjechali tu nie z podziwu dla niego, a raczej dla samych siebie. Niestety miasto moich marzeń okazało się najgorszym miejscem na Ziemi i idealną ilustracją zagłady, jaką zwiastuje masowa turystyka. Sama masowość jest dla kogoś nie lubiącego tłumów ogromnym wyzwaniem. Ale to ludzkie mrowie zgromadzone na niewielkiej przestrzeni placów, ulic i mostów to jeszcze nie cały problem.
Ponte i Palazzo Vecchio, Uffizi, Santa Maria del Fiore – te nazwy brzmiące jak zaklęcia – okazały się wielkim rozczarowaniem. Nie dlatego, że same w sobie są rozczarowujące, a z powodu nieznośnego hałasu – „wycia, to ostre, to bledsze/ I rąk klaskania, i gniewu okrzyki
Czyniły wrzawę” – hałasu tłumu, w najmniejszym stopniu niezainteresowanego miejscem, w którym się znajdował. Nie widziałam przed Il Duomo niemego zachwytu, nie było kontemplowania w nabożnej ciszy dzieła sztuki, nie widziałam nikogo pogrążonego w zadumie nad ludzkim geniuszem. Herbert zwiałby z placu przed katedrą po trzech minutach. Ja siedziałam nieco dłużej, przyglądając się wymyślnym pozom, wygibasom i dziubkom wystawianym do autoportretów, czyli selfie, wylewających się potem z instagramów i tiktoków – tej zakały współczesnej turystyki. Zza dziubków i rozwianego włosa zapewne nie za wiele widać, szczegóły fasady giną za rozpostartej w piruecie spódnicy. Czubek głowy Dawida ledwie wystaje zza całującej się pary. Przed dwoma knajpami widziałam kilometrowe kolejki. Domyślam się, że to jakieś must-see z sieci. Domyślam się, bo nie miałam najmniejszej ochoty sprawdzać, co to za miejsca.
To cud, że udało się przez chwilę zasmakować odrobiny prawdziwego włoskiego życia. Wiedzeni naszym instynktem, wypróbowanym w niejednej podróży, wbiliśmy do tabaccherii, w której nikt nie mówił po angielsku. Dostosowaliśmy się natychmiast. Nawet nasz pies nas nie zdradził, bezbłędnie i gorliwie wykonując włoskie polecenia pana właściciela – w grze był pyszny kąsek jakiejś wędliny. My zamówiliśmy dwie kawy – po włosku – i po włosku je wypiliśmy, na stojaka, bez marudzenia. Za moim plecami stała grupka jakiś zdezorientowanych Amerykanów, którym kelner recytował wszystkie nazwy włoskich kaw, bo menu nie istniało. Tak, to był ten moment, w którym czułam się w tym kraju już trochę zakorzeniona.
Miasto Medyceuszy jest bardzo akuratną ilustracją współczesnej Europy. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że co za wspaniałe czasy – podróżować każdy może, ależ się tu fantastycznie żyje. Ale jak się dobrze pomruga i uważnie rozejrzy, widać tam jak na dłoni podział na uprzywilejowanych turystów i tych, którzy przyjechali tu w poszukiwaniu swojej szansy. Niektórzy znaleźli. Jak onieśmielająco przystojni i eleganccy czarni odźwierni w salonach domów mody. Widać, że dobierano ich wyjątkowo starannie, jak niegdyś niewolników do haremu. Swoją szansę znalazł gruziński kelner i jego koledzy z dalekich azjatyckich krajów, uwijający się jak w ukropie w porze lanczu w restauracji nieopodal Ufizzi. Nie znalazł jej czarny chłopak, leżący bez przytomności na Piazza di Santa Maria Novella, podobnie jak dziesiątki podobnych młodych ludzi koczujących pod dworcem. W tym mieście widać jak na dłoni, że Europa, która wysłała światu wiadomość, że u nas dobrze się żyje, teraz ma problem i nie umie ani go udźwignąć, ani się przed nim obronić. Być może za kilka lat tam, gdzie wypiłam kawę, będzie knajpka z miętową herbatą, do której kobiety nie będą wpuszczane. Wizja nie taka nieprawdopodobna – zaplątawszy się w boczny kwartał, trafiliśmy do miejsca, w którym znajdowali się sami mężczyźni, wychodzący z meczetu. Było ich tak wielu, że poczułam się nieswojo. Imigranci są Europie potrzebni. Jak powiedział znajomy z Mediolanu – oni tu pracują. I wykonują pracę, której Włoch nie chce. Ale dla kolejnych tysięcy pracy nie wystarczy, a ci którzy już tu są zmienią starą Europę. To nie jest ocena – to fakt.
Ale dziś to jeszcze nie migranci są najbardziej widoczni, a turyści, którym ktoś wmówił, że muszą tu przyjechać. Ale po co, to już nieważne. Ważne, żeby było zdjęcie na Instagrama. Założę się, że po tym dniu w sieci pojawiło się milion nowych poradników i planów, jak zwiedzać Florencję. Autorzy większości z nich pewnie nigdy już do tego miasta nie wrócą.
LODY DYNIOWE
A jednak nie sposób się w Italii nie zakochać. Szczególnie w momencie przełomu. Gdy w Polsce wszyscy wyciągają z szaf i schowków ciepłe koce, robią zapas herbat i nurkują w spiżarniach w poszukiwaniu syropów z malin, Włosi jedzą dyniowe lody. Żadne tam pumpkin latte. Lody – zimne. Na tym polega przewaga Włoch, że w takiej Cittadelli festiwal dyni odbywa się w pełnym letnim słońcu i picie gorących napojów nikomu nie przyszłoby nawet do głowy. A jeszcze dalej na południe w takiej Abruzji na początku października przyroda drwi sobie z jesieni. W zawieszonych na skałach maleńkich kamiennych miasteczkach i wsiach wciąż rządy sprawuje gorące słońce, odbijając się od jasnego kamienia i oślepiając zagubionego w labiryncie uliczek wędrowca. Na niebie żadnej chmury i Corno Grande pyszni się bezczelnie na tle głębokiego błękitu. Można przysiąść pod Roccą, gapić się bez końca i tylko lekki wiatr będzie burzył włosy. Można siedzieć długo w noc nad górskim jeziorem, nad którym o poranku tylko na chwilę zawiśnie obłok mgły. Można bez opamiętania opychać się lodami pistacjowymi.
Tak, więcej słońca sprawia, że serce ciągnie w tamtą stronę. Tym bardziej, że miejsc bez turystów jest tu wbrew pozorom bardzo wiele, a znalezienie ich wcale nie jest takie trudne. Wystarczy unikać miast, do których można dotrzeć samolotem albo nie bać się bocznych uliczek i cichych zaułków. Nawet w Wenecji można znaleźć ciszę i spokój. A czy mój plan zwiedzania jest dobry? Lepszego nie mam.