W XX wieku i dawniej zewnętrzna szata książki wyglądała tak: na pierwszej stronie okładki tytuł, autor, czasem nazwa wydawnictwa i jakiś element graficzny. Żadnych opisów, żadnych biogramów i żadnych blurbów! O książce wiedziało się co nieco przed zakupem lub wypożyczeniem, bo były to czasy, gdy z bibliotek korzystali niemal wszyscy, albo podejmowało się decyzję na podstawie fragmentów wyczytanych na jednej nóżce. Albo brało się w ciemno, szczególnie przed 1989, gdy wszystko brało się wtedy, kiedy rzucili. To były czasy, gdy nawet książki były spod lady.

W księgarniach ustawiały się kolejki po Słownik mitów i tradycji kultury Kopalińskiego, Sztukę kochania Wisłockiej, Raz do roku w Skiroławkach i Polskę… Pawła Jasienicy. Mnie mama załatwiała spod lady Samochodziki, Tomki i książki Musierowicz. Tym sposobem dostałam dwa tomy baśni braci Grimm i trzytomowe wydanie baśni Andresena. Nikt nie grymasił. Żadne opisy i blurby nie były potrzebne. Aż nadeszła transformacja i okazało się, że wszystkiego jest dużo, czasem za dużo. Trzeba było sięgnąć po zachodnie wzorce. I tak nagle na okładkach książek zaroiło się od literek, aż zabrakło miejsca i trzeba było dodać skrzydełka.

BLURB

Przypomniało mi się to wszystko na marginesie właśnie zakończonej lektury powieści Nelia Biedermanna Lázár, gdzie już na pierwszej okładce z charakterystyczną dla siebie egzaltacją Patti Smith obwieszcza światu, że trzymamy w rękach „Olśniewający, mistrzowski dowód na to, że kroczy pośród nas utalentowany młody pisarz”. W przekładach  wydawcy często sięgają do gotowych już blurbów, ale też recenzji oryginału. Zdarza się, że blurb to jedno lub kilka słów: „wspaniała proza”, „nie można się oderwać”, „mocny debiut”. Może być jednak tak, że te wyrwane z kontekstu słowa nie do końca zbieżne są z tym, co recenzent chciał przekazać, bo przecież powyższe formułki można rozwinąć w rozmaity sposób, nie zawsze tak jednoznacznie pozytywny. Żeby się przekonać, co naprawdę o książce napisały zagraniczne media, trzeba sięgnąć po cały tekst. A komu by się chciało?! Śmiało się więc wycina z recenzji wszystko, co brzmi wystarczająco entuzjastycznie, by przekonać czytelników, że mają oto do czynienia z dziełem wybitnym.

Nieco inaczej przedstawia się kwestia polskich blurbów. Te zamawia się specjalnie jeszcze przed publikacją, specjalnie z myślą o zamieszczeniu ich na okładce i przedpremierowym zamieszczeniu w materiałach prasowych. Lázár ma dwie polskie rekomendacje. Te rozbiorę na części.

OBIETNICA

„Wszystko robi tu niesamowite wrażenie: rozmach, język, styl, przestrzeń, w której się rozgrywa fabuła oraz wiek autora tej niezwykle dojrzałej powieści” – czytamy w pierwszym blurbie zapowiedź naprawdę wielkiej powieści. Ale czy ta obietnica zostaje spełniona? Niestety. Ani tu rozmachu, ani nadzwyczajnego języka, ani szczególnej dojrzałości. Książka nie jest zła, czyta się ją bardzo przyjemnie, ale bardzo jestem daleka od zachwytu blurbisty. Już na początku mojej przygody z powieścią Biedermanna miałam nieustające wrażenie, że już to kiedyś czytałam. Unosiły się nade mną duchy Rezzoriego i Rotha, patrzące  z życzliwością na nieoczekiwanego naśladowcę. Bo Lázára czyta się jak dzieło bardzo zdolnego i pilnego ucznia, który całkiem udolnie podąża tropem innych. Ani pomysł na fabułę, ani bohaterowie, ani moment, ani czas nie są jednak w tej książce oryginalne. Wszystko już było.

Lazar okładkaBlurbista wspomina również o przestrzeni, w której rozgrywa się fabuła. I na przykładzie przestrzeni widać najwyraźniej, że Biedermann, pisarz niewątpliwie dobrze się zapowiadający, wciąż jednak porusza się bardzo niepewnie. Budapeszt i Węgry to nie jest jego miejsce. Szczególnie mocno rzuca się to w oczy w opisach stolicy – miasto Biedermanna jest miastem kogoś, kto wpadł tu na city break i trzyma się bezpiecznego centrum, o którym przeczytał w przewodnikach. Widzi je, ale go nie rozumie i nie czuje. Żeby pojąć różnicę, wystarczy sięgnąć chociażby po teksty Máraiego, którego autor zna, a w każdym razie przywołuje nazwisko pisarza w swojej powieści. Żeby uwiarygodnić miejsce, korzysta z rekwizytów (Unicum!), ale efekt jest odwrotny – widzimy, że Węgry, ojczyzna jego przodków, są dla niego nie do końca rozpoznanym lądem.

Dalej blurbista pisze, że autor „funduje czytelnikowi podróż w czasie, wyjaśniając złożoność węgierskich i europejskich losów […] przygląda się spuściźnie tego, co nazywamy Mitteleuropą”. I na tym przyglądaniu bym poprzestała, bo Biedermann niczego nie wyjaśnia, bo sam nie wszystko jeszcze rozumie. Ślizga się po powierzchni, niczym po zamarzniętej rzece (porównanie uzasadnione wątkiem z książki), patrzy przez lodową taflę, ale nie dotyka istoty rzeczy. Jego podróż w czasie jest pospieszna i pobieżna. Jak w wypracowaniu dobrego ucznia, który wykuł daty na blachę, ale wciąż ucznia. Znów myślę o innych, którzy opisywali zmierzch tamtego świata: o Bánffym, Esterházym, Ottliku i innych. Myślę o Kertészie, Szépie, gdy czytam o losie węgierskich Żydów. Myślę o Polcz i Battyanym, śledząc wątek przemocy wojennej, która była doświadczeniem tysięcy Węgierek. Myślę o wielu kronikarzach Powstania ’56. Mamy pewnie naturalną przewagę nad wychowanym w Szwajcarii pisarzu, bo węgierski zryw odbił się u nas niezwykle silnym echem, dzięki czemu dysponujemy własnymi tekstami źródłowymi, wiemy i rozumiemy więcej.

Drugi polski blurbista zdobył się na prawdziwą brawurę, pisząc: „Było sobie dwóch wunderkindów […] Pierwszy nazywał się Thomas Mann, drugi to Nelio Biedermann”. Mocne słowa! Niestety zupełnie się z nimi nie zgadzam. Buddenbrookowie to wielka powieść. To taki sposób opowiadania historii, który sprawia, że czytelnik wchodzi w kompletny świat, doświadcza rzeczywistości żywej i pełnej. Bohaterowie zaś są tak prawdziwi, że stają się częścią życia czytelnika, który nie tylko szczerze przejmuje się losem bohaterów, zaczyna mówić ich językiem, podróżuje ich śladem. Bohaterowie Lázára nie za bardzo mnie obeszli. Znów – autor potraktował ich zbyt pobieżnie i nie zbudował im zaplecza w postaci bohaterów drugo i trzecioplanowych.

Bardziej od bohaterów fikcyjnych zainteresowała mnie rodzina autora.

AUTOFIKCJA

„Nie chodzi o to, że nie lubię autofikcji, uwielbiam pisać podobne rzeczy. Ta książka jest jednak inspirowana historią mojej własnej rodziny. Miałem potrzebę, żeby zrobić coś z tymi opowieściami, które przekazano mi, zanim zacząłem pisać. A jak już zacząłem, to wiedziałem, że chcę opowiedzieć tę historię” – mówi Nelio Biedarman w rozmowie ze swoim blurbistą.

W biogramie autora podkreśla się jego węgierskie szlacheckie, a nawet arystokratyczne, pochodzenie. Jego dziadkowie uciekli z ojczyzny, jak czytamy na wklejce książki, w latach pięćdziesiątych XX wieku. A więc, jak się możemy domyślić, na fali emigracji po stłumieniu Powstania ’56. Oczywiście nie znam nazwisk wszystkich węgierskich rodzin arystokratycznych, ale parę na pewno. Nie ma wśród nich Biedermannów, a byłam ciekawa, kim są.

Moją uwagę zwrócił tytuł, który noszą bohaterowie książki. To baronowie, co samo w sobie jest już pewnym tropem. Habsburgowie tytuł barona nadawali tym przedstawicielom niższych stanów, którzy odznaczyli się szczególnymi zasługami dla państwa. Ta tradycja była kontynuowana w ck monarchii. Jak pisze Lendvai: „W czasach dualizmu cesarze Franciszek Józef i Karol wynieśli do stanu szlacheckiego około dwóch tysięcy rodzin, w tym wielu osiadłych na Węgrzech Niemców i Greków, Szwajcarów i Serbów, którzy zrobili karierę w gospodarce lub w wojsku. Przed 1918 rokiem tytuł szlachecki uzyskało 346 żydowskich rodzin z wielkiej burżuazji, 28 otrzymało tytuł barona, większość z nich zakupiła także majątki ziemskie”.

W węgierskiej Wikipedii rodzina Biedermannów ma swój biogram, w którym czytamy, że pierwszym znanym przedstawicielem tej rodziny był Mihály Lázár Biedermann, Żyd urodzony w 1769 roku w Pozsony. Mihály położył finansowy fundament pod przyszłą fortunę baronów, dzięki której mogli nabyć swoje zamki i inne dobra. Rodzina bardzo zasłużona, szczególnie dobrze zapisała się w kronikach okolic miasta Pécs, przyczyniając się do ich rozwoju, ale także dzięki wspieraniu biednych. Czy biogramy z internetowej encyklopedii są rzetelne, nie wiem, ale sporo szczegółów, które autor Lázára wszył w powieść, jest tożsamych lub zbieżnych. Na pewno historia tej rodziny zasługiwała na opisanie.

CZAS

Z wywiadu z Biedermannem wiem, że pracował nad powieścią wiele lat. Ale gdy zapytał mnie, czy już publikować, doradziłabym mu, żeby dał jej jeszcze trochę czasu, dowiedział się więcej, odwiedził jeszcze kilka razy miejsca, z których pochodzi jego rodzina, przeczytał więcej węgierskiej literatury. Bo autor ma talent, ale – z czego sam zdaje sobie zresztą świetnie sprawę – brakuje mu doświadczenia. Ma również dystans do siebie i sporo pokory. Niestety dystansu nie mają blurbiści, którzy obiecują czytelnikom złote góry, podczas gdy dostajemy tylko dobrą powieść. Dobrą, ale dalece nie wybitną. Porównywanie go do Manna tylko szkodzi, zarówno nam czytelnikom, jak i samemu pisarzowi, który znajduje się teraz pod zupełnie niepotrzebną presją. Mam nadzieje, że okaże się odporny i da nam kolejne, coraz lepsze powieści. Serdecznie mu tego życzę.