„Postanowiłam zobaczyć na własne oczy ten dziwny kraj z prozy Stasiuka. Rumunia była jeszcze starą Rumunią, tą z Jadąc do Babadag, ale już się zmieniała, już goniła Europę. Czarna terenówka jechała tą samą drogą, co stary wóz ciągnięty przez chudą szkapinę. Terenówka spychała jednak wóz do rowu, a wielki tir, nie zwalniając na zakrętach, omijał idącą środkiem drogi krowę.
Od tego pierwszego razu Rumunia stała mi się bardzo bliska, a od początku jawiła się jako intrygująca i pociągająca. Nowy dla mnie wówczas kraj, kolejny etap poznawania Europy uświadomił mi, że najbardziej pociągające jest to, co bliskie w sensie geograficznym, ale przede wszystkim niematerialnym. Wspólnota doświadczeń przy jednoczesnej odmienności pozwala spojrzeć także na historię kraju, z którego się pochodzi, i lepiej zrozumieć, kim się jest. Dla mnie to właśnie Rumunia okazała się takim fenomenalnym punktem odniesienia.
[…]
Jeszcze w Londynie odwiedziłem w wolnej chwili Muzeum Brytyjskie i przejrzałem dostępne tam książki oraz mapy odnoszące się do Transylwanii; przyszło mi do głowy, że pewna znajomość terenu będzie mi pomocna w kontaktach z przedstawicielami miejscowej arystokracji. Odkryłem, że wskazany przez niego region leży na samym wschodzie kraju, dokładnie na granicy trzech państw – Transylwanii, Mołdawii i Bukowiny, w samym sercu Karpat; jest to jeden z najdzikszych i najmniej zbadanych zakątków Europy. Nie trafiłem na żadną mapę ani zapis podające dokładne umiejscowienie zamku Dracula, albowiem tamtejsze mapy regionu pozostawiają wiele do życzenia w porównaniu do naszych. Ustaliłem jednak, że Bystrzyca, wspomniane przez hrabiego miasto z głównym urzędem pocztowym, to dosyć znane miejsce.
Tak pisał Jonathan Harker, gdy wybierał się w drogę do Draculi. Nie wiedział, co go tam czeka. Zupełnie jak ja, gdy jechałam tam po raz pierwszy. Myślałam wtedy, że będzie to jeden wyjazd. Zobaczymy, co warto zobaczyć, a następne lato spędzimy już zupełnie gdzie indziej. Przed podróżą miałam tylko mgliste pojęcie o tym, jak duży, a przede wszystkim jak różnorodny jest ten kraj. To, że w rzeczywistości nie jest to jeden kraj, okazało się już na miejscu. Ale przecież Polska też nie jest monolitem, my również mamy rozmaite nazwy geograficzne dla poszczególnych regionów, myślałam.
Banat, Transylwania, Dobrudża czy Bukowina to coś takiego jak Kaszuby, Kujawy, Podlasie czy Podkarpacie. Na pewno różnią się tradycjami, kuchnią, ale przecież to wszystko jedna i ta sama Rumunia. Mamy Europę Regionów, ale te regiony mieszczą się jednak w jakichś państwach, tworzą całość.
Z takim właśnie naiwnym nastawieniem wyruszałam wtedy w drogę. Nabyłam stosowny przewodnik, jeden na całą podróż, poczytałam coś w internecie, wtedy jeszcze nie tak bogatym w informacje. Mówiąc krótko: przygotowałam się. Z wyższością patrzyłam na znajomych – a pracowałam wtedy w korporacji – którzy pytali, gdzie zamierzam spędzić urlop. Hiszpania, Włochy, może Francja? – pytali. Kiedy odpowiadałam, że w Rumunii, patrzyli jakoś dziwnie i na tym zazwyczaj rozmowa się kończyła. A jeśli padały dodatkowe pytania, dotyczyły zazwyczaj tego, czy nie boję się Cyganów. Wtedy patrzyłam na nich z jeszcze większym pobłażaniem. Nie znają świata poza Europą Zachodnią i Śródziemnomorzem. Chorwacja to dla nich już lekki obciach. Nie wiedzą, co to przygoda, złorzeczyłam w duchu. O tym, że moja wiedza wcale nie była tak imponująca, przekonywałam się przez kolejne lata.
Ruszyliśmy zgodnie z planem. Przygoda przygodą, ale plan, chociażby ogólny, trzeba jednak mieć. Miasta: Kluż, Sybin, Sighișoara, Braszów. Góry ze słynną drogą przez Fogarasze i rzut oka na kilka innych pasm z krótką wycieczką w głąb Alp Rodniańskich. Koniecznie delta Dunaju, szczęśliwie uratowany przed szaleństwem wariata prawdziwy cud natury; Morze Czarne, bo jakaś woda, w której można się zanurzyć, zawsze się przyda; i kilka osobliwości z wesołym cmentarzem na czele. A po drodze jeszcze parę spektakularnych miejsc, takich jak wąwóz Bicaz czy monastery w Neamţ, w których życie klasztorne odrodziło się po upadku dyktatury Ceauşescu. Kilkanaście dni przez zmieniające się krajobrazy. Zawrót głowy.
Wtedy jeszcze miałam zwyczaj zaznaczania trasy na mapie. I dobrze. Inaczej wszystko by się pomieszało. Tę mapę mam do dziś. Czerwone strzałki, którymi zaznaczyłam nasz szlak, wywołują z pamięci migawki, fragmentaryczne wspomnienia, niedokończone wątki. Bez zdjęć i tej dziurawej mapy pozostałaby tylko gęsta mgła, zza której prześwitywałyby zaledwie urywki wrażeń. Z większości nie pozostałby żaden ślad.
238 391 kilometrów kwadratowych, które zamierzaliśmy objąć w ogólnym zarysie, to co prawda mniej niż powierzchnia Polski, ale wszechobecne góry, te wysokie i te niskie, spowalniają podróż samochodem. Przez to ma się wrażenie, że podróżuje się po dużo większym kraju i dużo dalej niż po płaskich, równych drogach na nizinach. Szczególnie kiedy wjedzie się tam wprost z węgierskiej puszty. Kilometry nie mają znaczenia, stosunek czasu i przestrzeni podlega tam innym prawom. Planując drogę z punktu A do punktu B, nigdy nie ma się pewności, o której godzinie dotrze się w wyznaczone miejsce. Sama odległość wymierzona w kilometrach to pewna wskazówka, ale zawsze mogą się pojawić niespodzianki.
Za sprawą ludzi, żywiołów i zwierząt. Prosta równinna matematyka w Rumunii się nie sprawdza, począwszy od godziny ukradzionej na przejściu granicznym. Kolejnym czynnikiem, który sprawia, że ma się wrażenie dalekiej podróży, jest różnorodność – suma wielu odrębnych bytów, krain z wieloma językami, krajobrazami i kulturami. Wrażeń i impulsów jest tyle, że wieczorem trudno zasnąć, bo ciągle ma się pod powiekami wszystko to, co zobaczyło się w ciągu dnia. Wspomnienia się mieszają, zaplatają, śnią, tworząc nową opowieść.
Chociaż wydawało nam się, że widzieliśmy wszystko, co warto zobaczyć, po powrocie okazało się, że właściwie nie zobaczyliśmy zbyt wiele, a już na pewno rozumiemy znacznie mniej niż przed wyjazdem. Z czasem zorientowałam się, że właściwie nie rozumieliśmy wtedy niczego. Miotaliśmy się po całym kraju z gębami rozdziawionymi raz z zachwytu, innym razem ze zdumienia, szoku albo zgorszenia. Pokazywaliśmy sobie palcami dwujęzyczne tablice przy wjazdach do miejscowości. Dziwiliśmy się zmieniającej się ciągle architekturze. Tu średniowieczne miasto, tu imponujący barok, zaraz przesycone wschodnim mistycyzmem cerkwie czy drewniane świątynie z przedziwnymi wysokimi wieżami. W Konstancy gapiliśmy się na faceta, który gonił wóz, pędząc środkiem torów tramwajowych, bo najwyraźniej koń nawiał mu i nie chciał dać się złapać. Gdzieś w górach zdarzył się nam nieprzewidziany postój. Zatrzymaliśmy się, cierpliwie czekając, aż przez drogę przejdzie ogromne stado owiec i kóz. Innym razem jechaliśmy główną drogą krajową dwadzieścia kilometrów na godzinę, bo środkiem spacerowała sobie krowa. I robiliśmy zdjęcia. Byliśmy jak japońscy turyści.
Jeden dzień tu, drugi tam, obowiązkowe fotografie wszystkiego. Każde z tych miejsc było warte zapamiętania. Każde było inne i pełne treści ukrytych przed przybyszami z zewnątrz. Pamięć ma jednak ograniczoną pojemność, mózg działa według własnych zasad i zapamiętuje, co chce, więc fotografie bardzo nam się potem przydały. Mogliśmy wracać, przypominać sobie czy wręcz zauważać to, co umknęło oczom, gdy tam byliśmy. Mogliśmy też, patrząc na zdjęcia, szukać odpowiedzi, próbować zrozumieć więcej.
Jednego byliśmy pewni. Że wrócimy. Kraj bez wątpienia nas zafascynował, a pierwotny plan okazał się zbyt ogólny.”
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Rumunia. Pęknięte lustro Europy”
Kielce 2021
Wydawnictwo Paśny Buriat
Książka dostępna na stronie https://pasnyburiat.pl/produkt/dorota-filipiak-rumunia-pekniete-lustro-europy/