(fragment książki WĘGRY. BUDAPESZT I CAŁA RESZTA*)
Zaczęło się 23 października od studenckiego wiecu, podobnie jak w 1848 roku, młodzi ludzie zebrali się, by sformułować swoje postulaty. Żądano niezależności narodowej, własnej drogi do socjalizmu i przywrócenia Imrego Nagya na stanowisko premiera. Ruszono potem w pochodzie, najliczniejsza grupa szła od Politechniki. Potem przez Most Wolności i dalej nad brzegiem Dunaju. Do maszerujących dołączały kolejne grupy, z Placu 15 Marca, z Małego Bulwaru. Rosnący tłum mostem Małgorzaty wrócił na budańską stronę i dotarł pod pomnik Józefa Bema. Szli uśmiechnięci, pełni energii i nadziei.
Jak pisze Ignác Romsics, pod pomnikiem generała Bema zgromadziło się już około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Cały czas dochodzili następni demonstranci. Gdy wieczorem ruszono przez mosty pod Parlament, tłum liczył już około dwieście tysięcy osób. Potem część demonstrantów przeszła pod gmach Radia Węgierskiego, by na falach eteru ogłosić światu swoje postulaty. Tu oddano do tłumu pierwsze strzały. Do demonstrujących strzelali tak zwani awosze, czyli funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, o których Wiktor Woroszylski pisał, że „janczarskie oddziały ÁVH do końca trzymały kraj w kleszczach takiego terroru, o jakim u nas nie mieliśmy pojęcia”[1]. Wydarzenia przybrały obrót, którego jeszcze kilka godzin wcześniej nikt nie przewidywał. Rządzący przerażeni skalą pokojowej demonstracji wezwali na pomoc wojsko sowieckie. Rozpoczęło się powstanie. Budynek radia znajduje się na tyłach Muzeum Narodowego przy skrzyżowaniu z ulicą Sándora Bródyego. To wąska ulica, ciasna, niebezpieczna dla gęstego tłumu. Trudno z niej uciec, gdy otacza człowieka morze ludzi. Strzelanie do demonstrantów w tym wąskim kanionie kamienic musiało przynieść krwawe żniwo. Jednak powstańcy odnieśli tam zwycięstwo. Niestety nie uspokoiło to nastrojów. Tak pod datą 24 października 1956 roku pisał dwunastoletni Gyula:
Środa […] W południe wrócił też do domu sublokator pani Ványi i powiedział, że w okolicach ulic Üllői i Baross też stoczono wielkie walki, druty elektryczne są zerwane, dwa słupy przewrócone i płoną dwa rosyjskie czołgi[2].
W kolejnych dniach w różnych punktach miasta awosze otwierali ogień do nieuzbrojonego tłumu. Po kilku dniach, przywrócony na stanowisko premiera, Nagy ogłosił już otwarcie powstanie narodowe. To, co dokonało się w ciągu najbliższego tygodnia, było już jednak nie powstaniem, a rewolucją:
Nagy […] rozpoczął realizację żądań powstańców, z którymi utożsamiał się już niemal cały naród węgierski. Oddziały radzieckie zostały wycofane ze stolicy, przywrócono system wielopartyjny, rozwiązano ÁVH, ogłoszono wolne i tajne wybory do parlamentu, zniesiono system obowiązkowych dostaw i zapowiedziano rozpoczęcie rokowań na temat całkowitego wycofania wojsk radzieckich z terytorium Węgier. W ciągu kilku dni rozpadła się stalinowska dyktatura na Węgrzech i zaczął działać system instytucjonalny powstania: skutkiem demonstracji odbywających się w miastach i na prowincji wszędzie powstawały rady rewolucyjne lub narodowe, które przejmowały ster rządów miejscowej administracji, zaś w fabrykach i zakładach pracy zakładano rady robotnicze. […] Na gruzach węgierskiej partii komunistycznej 1 listopada powstała nowa partia o nazwie Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza (WSPR), której przywódcą został János Kádár[3].
Pod datą 29 października dwunastoletni Gyula odnotował, że „Godłem narodowym znów jest herb Kossutha […], przy Teatrze Narodowym wielki tłum krzyczy »Ruscy do domu!«”[4]. Tłum nie tylko krzyczał. Na murach kamienic, na szybach witryn sklepowych pisano wielkimi literami „Ruszkik, haza!”, na wszelki wypadek, gdyby adresaci tego wezwania nie rozumieli po węgiersku dopisywano tłumaczenie na rosyjski. Nad miastem powiewały flagi z ziejącą pośrodku dziurą – lyukas zászló[5] – po wyciętym komunistycznym godle. Wydawało się, że kraj wszedł w zupełnie nowy, pomyślny etap i że poza awoszami, na których dokonywano nierzadkich samosądów, nikt nie musi się martwić o przyszłość. Zabrano się za porządki w każdej sferze życia publicznego, od sprzątania miast po uwolnienie więźnia politycznego kardynała Józsefa Mindszentyego. Zmiany spotkały się z życzliwym przyjęciem Zachodu. Zapomniano nawet Węgrom udział w wojnie po stronie Niemiec. Sytuacja zmieniła się na niekorzyść, gdy wybuchł konflikt o Kanał Sueski. Uwaga państw zachodnich odwróciła się w inną stronę, dając przez to Związkowi Radzieckiemu w spawach węgierskich zupełnie wolną rękę. To, co działo się w tamtych dniach, można właściwie określić mianem wojny. Nie tylko w Budapeszcie dawało się odczuć tę wojenną atmosferę.
30 października 1956 Wiktor Woroszylski znalazł się na pokładzie samolotu lecącego do węgierskiej stolicy. Ruszył z kolejnym transportem krwi i lekarstw dla walczącego miasta. Wspomnienia z kilkunastu dni spędzonych nad Dunajem spisał w Dzienniku Węgierskim. Mam tę niewielką broszurę w wydaniu samizdatowym z 1979 roku. Ukazała się, jak informują anonimowi wydawcy, „wysiłkiem społecznym bez porozumienia z autorem”. Obchodzę się z nią niezwykle ostrożnie. Każde kolejne kartkowanie grozi uszkodzeniem, a nawet rozsypaniem się stron. Mocno pożółkły papier jest kruchy, a maszynowy druk blaknie coraz bardziej i bardziej.
„A więc – po rozmaitych perypetiach, protekcjach, zaklęciach – jestem na pokładzie samolotu, odwożącego do Budapesztu kolejny transport polskiej krwi i lekarstw”[6] – pisał Woroszylski. W Polsce odzew na węgierskie wydarzenia był ogromny i natychmiastowy. Pomoc szła ze wszystkich części naszego kraju, gdy mocarstwa zachodnie zajęte już były sprawami rozgrywającymi się w zupełnie innych częściach świata. Węgrzy zdani byli sami na siebie, co Woroszylski skwitował wymownym stwierdzeniem o „zrujnowanym, zdezorganizowanym, odciętym prawie od świata Budapeszcie”[7].
Dzień, w którym Woroszylski dotarł do stolicy, Gyula opisał tak:
Była bardzo piękna pogoda […]. W powietrzu latało bardzo dużo samolotów […]. Przed południem nie strzelali, ale po południu już konkurowali z grzmotami. Później się dowiedziałem, że strzelano do siedziby partii komunistycznej, która jest na Placu Kálmána Tiszy. Tato poszedł potem zobaczyć, co się dzieje. Kiedy wrócił do domu, powiedział, że powstańcy powiesili dwóch awoszów za nogi na drzewie[8].
Powstania inicjują młodzi. I młodzi je upamiętniają. Swoistym kronikarzem i topografem powstania stał się właśnie Gyula Csics. Nie uczestniczył w walkach, ale za to skrupulatnie spisywał zdarzenia, o których informacje do niego docierały. Tam, gdzie mógł, podawał dokładną lokalizację, dzięki czemu możemy wypełnić mapę tamtych dni o kolejne szczegóły. Pamiętnik dwunastolatka jest również oryginalnym źródłem życia codziennego jesieni 1956 roku. Jego zapiski i rysunki są proste, pozbawione patosu i tragicznej nuty, za to pełne szczegółów, na które dorosły obserwator bądź uczestnik wydarzeń po prostu nie zwracał uwagi.
W 1956 roku los osamotnionych Węgier nie mógł potoczyć się inaczej. Nie zmieniły tego początkowe osiągnięcia. Sukces był wyjątkowo krótkotrwały, a finał tragiczny. 4 listopada Sowieci wkroczyli do stolicy. Przez kilka dni trwały regularne walki. „Nieprzerwanie słychać było działa, czołgi i miotacze min. Mieszkańcy domu przestraszyli się nawet w piwnicy, kiedy mina spadła przed szkołę. Wszystkie okna szkoły zostały wybite. Dziś nawet stojący naprzeciwko nas dom nr 5 został trafiony. W nasz dom też trafiło wiele odłamków”[9] – notował Gyula pod datą 5 listopada. Ciężkie walki toczyły się w kilku punktach w mieście, między innymi w Corvin köz (Zaułek Corvina). Uderzały dysproporcje pomiędzy siłami powstańczymi a sowieckimi, a wobec ogromnej przewagi tych drugich, nie można oprzeć się podziwowi dla determinacji obrońców.
Walki w mieście zakończyły się ostatecznie dopiero 9 listopada klęską powstańców. Cztery tysiące budynków uległo zniszczeniu w mieście tak skrzywdzonym ledwie dekadę wcześniej – Budapeszt znów wyszedł bardzo poraniony: „Gdzieniegdzie widać ślady dawnych walk. Narożnik pocięty kulami, kostka wydarta z bruku, chodnik usłany szkłem. Zwracają uwagę pozbawione szyb wystawy sklepów, na których w nienaruszonym porządku ustawione są buty, zabawki, butelki wina. Nie sięga po nie żadna chciwa ręka… Ale oto księgarnia towarzystwa przyjaźni węgiersko-radzieckiej. Przyjaźń tę rozstrzelano i rozdeptano czołgami. Teraz przed zdemolowanym lokalem dogasa długi, płaski kopiec książek”[10].
Widok skutków bolesnych doświadczeń stał się na pewien czas codziennością, co, rzecz jasna, znalazło swoje odbicie w literaturze: „Domy ze śladami po pociskach, spalone mieszkania, balkony zawalone w całości lub częściowo, podtrzymywane przez uszkodzone w mniejszym lub większym stopniu kariatydy, zerwane trakcje tramwajowe, poprzewracane wagony, czołgi z powyrywanymi wnętrznościami, rozłupane nawierzchnie ulic, przeorane tory. Rozryli pociskami nie tylko okolicę szpitala św. Rocha. Ludzkie szczątki uprzątnęli, ale na skraju wysepek dla pieszych, u podnóża drzew, stały jeszcze wbite tu i owdzie w ziemię drewniane krzyże, przy nich resztki zniczy, liście z wieńców, strzępy opasek w narodowych barwach. Pochowali tam kogoś tymczasowo, ale on nadal tam leży […]. Latarnie wzbudzają przerażenie: na każdej z nich mogli powiesić człowieka”[11]. Trudno to sobie wyobrazić, chodząc dziś po ulicach Budapesztu. Gdy ogląda się fotografie, filmy, czyta wspomnienia, ma się wrażenie, że to wszystko wydarzyło się gdzie indziej.
*Książka ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Paśny Buriat
[1] Wiktor Woroszylski, Dziennik węgierski, Warszawa 1979, wydawnictwo samizdatowe, s. 2.
[2] Gyula Csics, Węgierska rewolucja 1956. Pamiętnik dwunastolatka, tł, Anna Butrym, Warszawa 2016, s. 176.
[3] János Tischler, Polska wobec powstania węgierskiego 1956 roku [w]: 1956. Poznań. Budapeszt, Poznań 2006, s. 140.
[4] Csics, Węgierska rewolucja 1956, op. cit., s. 176.
[5] Lyukas zászló stała się ważnym symbolem i śladem pamięci. Pewnego dnia, jak zwykle włócząc się po mieście, zajrzałam do hali targowej przy Rákóczi tér. Jednej z tych, w których toczy się zwyczaje budapeszteńskie życie. Mieszkańcy z okolicznych ulic przychodzą na stoiska z mięsem, owocami, warzywami, rybami i nabiałem. Zaglądają również do kącika z winem prosto z beczki. Pracownicy biurowi i fizyczni w porze lunchu ustawiają się w kolejce do okienka, za którym smażą się świeżutkie langosze. W bocznej alejce, dość ciemnej, trafiłam na wciśnięte w kąt stoisko z warzywami i owocami. Nad głową sprzedawcy powiewała charakterystyczna flaga. Trójkolorowa z wyciętą w środku dziurą. Dość nieoczekiwana w tym miejscu historyczna pamiątka.
[6] Woroszylski, Dziennik węgierski, op. cit., s. 1.
[7] Idem., s. 9.
[8] Csics, Węgierska rewolucja 1956, op. cit., s. 176. Plac, o którym wspomina chłopiec, dziś noszący imię Jana Pawła II (II. János Pál pápa tér), od 1946 roku nazywał się oficjalnie Placem Republiki (Köztársaság tér), ale najwyraźniej zmiana się nie przyjęła i wciąż w użyciu była poprzednia, funkcjonująca od 1902 roku nazwa Plac Kálmána Tiszy (Tisza Kálmán tér). Tisza był założycielem Partii Liberalnej i premierem Węgier w latach 1875-1890.
[9] Csics, Węgierska rewolucja 1956, op. cit., s. 181-182.
[10] Woroszylski, Dziennik węgierski, op. cit., s. 9.
[11] György Spiró, Salon wiosenny, tł. Irena Makarewicz, Warszawa 2016, s. 22.