Kiedy zbierałam materiały do mojej książki o Rumunii, chciałam zamieścić w niej kilka słów o polskich uchodźcach, w tym o poetce Kazimierze Iłłakowiczównie. Sięgnęłam więc po biografię Iłła Joanny Kuciel-Frydryszak i zajrzałam się do najbardziej interesującego mnie rozdziału, poświęconego pobytowi poetki w Klużu. Przeczytałam, potem przeczytałam jeszcze raz i jeszcze, próbując zrozumieć, o co tu właściwie chodzi.
CZYTANIE ZE ZROZUMIENIEM
Przywołany fragment dotyczy historii miasta Cluj-Napoca i brzmi, jak następuje:
Miasto miało skomplikowaną historię. Początkowo w granicach Dacji, rozbudowane przez Rzymian, od XIII wieku należało do Węgier, ale było zamieszkałe w dużej części przez Niemców. W XVI wieku weszło w skład księstwa Siedmiogrodu i rozkwitło; Stefan Batory ufundował miastu kolegium jezuickie, które uznaje się dziś za zalążek uniwersytetu […] W XVIl wieku Kluż wrócił do Węgrów, aby po kilkudziesięciu latach znów przejść do Siedmiogrodu. W 1848 roku miasto odbiło wojsko węgierskie pod dowództwem Józefa Bema, stało się silnym ośrodkiem węgierskiej arystokracji i inteligencji, a do Rumunii wrócił po I wojnie światowej.
Z przytoczonego fragmentu wynika, że Kluż przez wieki przechodził z rąk węgierskich do… rąk węgierskich, Bem odbił go nie wiadomo komu, a po I wojnie wrócił do Rumunii, do której nigdy wcześniej nie należał (Kluż, nie Bem). Czytałam i zadawałam sobie pytanie: gdzie był redaktor? Czy ominął ten fragment, zgubił, przeoczył? Wiem, że to niełatwe zadanie opowiedzieć kilkaset lat naprawdę skomplikowanej historii w jednym akapicie, ale trzeba by było napisać ten fragment od początku, bo wyszedł niestrawny groch z kapustą. Redaktor powinien pomóc autorce okiełznać ten bałagan. Kuciel-Frydryszak, pisząc biografię polskiej poetki, w której przebogatym życiu pobyt w Klużu był tylko krótkim epizodem, nie musi znać się na historii Węgier, Rumunii i ich wspólnej historii Transylwanii. To są naprawdę bardzo zagmatwane sprawy i łatwo się w meandrach dziejów tego kawałka Europy pogubić.
GDZIE AUTOR NIE MOŻE, TAM REDAKTORA POŚLE
Ale przecież redaktor też nie jest alfą i omegą! Historia Węgier i Rumunii zaś to spore wyzwanie dla kogoś, kto na co dzień nie zajmuje się tą tematyką. W tych wszystkich zwrotach akcji gubią się nawet lepiej orientujący się w zagadnieniu, ale przecież nie jest to też mission impossible – w pierwszym lepszym przewodniku można znaleźć skróconą historię miasta. Są w Polsce osoby, które się w tematyce specjalizują. Są publikacje. Można było sprawdzić, zapytać. Jednak w tym wypadku autorka i redaktor uznali, że takiej konieczności nie ma. Wszak mówimy tu o niewielkim akapicie – w całej biografii poetki epizod klużański to tylko niewielki fragment i ostatecznie historia miasta nie ma tu większego znaczenia. Gdyby tak sięgać więc po opinię specjalistów od wszelkich zagadnień – życie Iłły było naprawdę przebogate – praca nad książką nigdy by się nie skończyła. O kosztach takich konsultacji na każdy temat nie wspomnę. Błędy zatem się zdarzają i zdarzać będą. Z różnych powodów. I nie zawsze winny jest autor czy redaktor. Czasem chodzi o czas, czasem o pieniądze, a czasami o jedno i drugie. Zdarzają się też zwyczajne ludzkie przeoczenia.
DO AKCJI WKRACZA CZYTELNIK
Błędy często wyłapują czytelnicy. Błąd w mojej książce o Rumunii zidentyfikował specjalista od górnictwa. Nikt nie zwrócił na ten szczegół uwagi, chociaż czytały książkę osoby Rumunię znające wyśmienicie. Obarczyłam górników odpowiedzialnością za strajkiem, z którym nie mieli nic wspólnego, zgubiona pewną rutyną i myślę, że wielu czytelników z tego samego powodu przeoczyło moją pomyłkę, wszak za wszelkie strajki, protesty i rozróby zawsze odpowiedzialni byli górnicy. Tak, ale akurat nie za ten. Pomyliłam, redaktorka, która ustrzegła mnie przed kilkoma innymi wpadkami, tej nie wyłapała, czytelnicy przeoczyli. Kto by pomyślał, że książkę przeczyta specjalista od górnictwa, w dodatku świetnie znający tę branżę z praktyki w Rumunii właśnie?! Ale specjalista przeczytał i wyłapał. Przyjechał na moje spotkanie autorskie i mi o tym powiedział. A ponieważ łączy nas Rumunia, to bardzo sympatyczna rozmowa znacznie się przedłużyła.
Błędy, uproszenia, przekłamania zdarzają się w wielu książkach. Najbardziej skrupulatny autor nie jest w stanie sprawdzić wszystkiego. Proces powstawania książki to nie tylko pisanie, ale i wielokrotne czytanie tego, co się napisało. Za którymś razem pewnych rzeczy nie sposób już dostrzec. Dlatego potrzebne jest dodatkowe oko, a jeszcze lepiej – oczy. Zdarza się jednak, że nawet wydawnictwa dbające o wielostopniowy proces redakcji i korekty wypuszczają książkę z błędami. Pamiętam wiele takich sytuacji. W jednym z reportaży zmieniona została data tzw. chrztu Polski. Fundamentalna przecież. Mamy ją wdrukowaną w pamięci od wczesnych lat szkolnych. Wydawałoby się, że nie można się tu pomylić. A jednak! Przeoczono na wszystkich etapach prac redakcyjnych i korektorskich, prowadzonych przez doświadczonych fachowców, że jedna z szóstek wywinęła fikołka i stanęła na głowie. Podobnie przegapili autorstwo noweli Antek, które w tej samej książce przypisane zostało Sienkiewiczowi. W innej książce Jadwiga Andegaweńska stała się wnuczką Kazimierza Wielkiego. Genealogia Piastów to dość skomplikowana sprawa i o wpadkę nietrudno. W książce pewnego renomowanego krakowskiego wydawnictwa wiek XV stał się XVI. I tak dalej. Kto odpowiada za to, że czytelnik otrzymuje książkę z błędem? Autor czy redaktor? Może ciało zbiorowe – wydawnictwo?
Najczęściej czytelnicy nie dostrzegają jednak wpadek. Czasem ktoś zauważy ale machnie ręką. Są jednak i takie przypadki, gdy błąd prowokuje do wystosowania obszernego pisma do wydawnictwa. Bywa też, że jedno zdanie może skończyć się spotkaniem w sądzie. Ale takie afery to na szczęście rzadkość.
KTO KOGO POPRAWIA
Oddzielna kwestia to przekłady. Tu redaktor ma jeszcze trudniejszą sytuację, bo kogo i jak ma poprawiać? Tłumacza, który przekłada to, co autor napisał? Czy samego autora? Weźmy takiego Roberta Kaplana albo Paula Kenyona i ich książki o Rumunii. Błędów, uproszczeń, przekłamań jest w nich naprawdę sporo. Ale przecież poprawienie ich w polskim przekładzie sprawiłoby, że czytelnicy dostają treść różniącą się od oryginału. Inną książkę? Sposób na to znalazł wydawca Bernarda Newmana – mojego ulubionego blagiera. Błędy opatrzono odredaktorskimi przypisami. No ale takie rozwiązanie kosztuje – czas i pieniądz.
IŁŁA WRÓCI
W książce Rumunia. Pęknięte lutro Europy z rozdziału o uchodźcach ostatecznie zrezygnowałam. Poetki jednak nie porzuciłam. Iłła wróci w nowej książce, która właśnie trafiła w ręce redaktorki – najlepszej, jaką sobie mogłam wymarzyć. Ja sama jestem mądrzejsza o doświadczenie z pracy nad trzema książkami. Mam nadzieję, że czwartą uda się nam zrobić najlepiej, jak to tylko możliwe. A błędy się zdarzają nawet najlepszym, bo nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. I należy się tylko cieszyć, że nie jesteśmy saperami, bo ci – jak wiadomo – mogą się pomylić tylko raz.