,,Tylko na murkach śpią koty” – pisał Herbert. I śpią nadal, jak spały, gdy poeta wędrował przez Italię. Dekady później wędrujemy i my. Wspinamy się, schodzimy ostro w dół, wystawiając na próbę nasze kolana i nie oszczędzając kręgosłupów. Tylko koty, te żywe i puchate, i te kamienne, porosłe mchem, albo z zastygłym w żelazie zezem, pozostają obojętne na nasze niezliczone okrzyki i westchnienia. Spoleto, Orvieto, Bagnioregio, Bolsena i inne miejsca, które wyglądają jak wyjęte z baśni, a ich nazwy brzmią jak nazwy eliksirów – być może korzystnych na obolałe, trzeszczące kolana.
SKOK W BOK
Zdradziłam! Zrobiłam skok w bok i nie żałuję. Co nie oznacza, że nie zatęskniłam i nie porównywałam. Zerwania nie było i nie będzie, bo chociaż Italia piękna i kusząca, to Rumunia jednak swoja i kochana, a Węgry bliskie sercu. Ale o Italii teraz słów kilka, niech zostanie odnotowane, co następuje, ku pamięci.
Nie odkrywałam obcych, nieznanych lądów. Włochy są w moim życiu obecne od lat, były nawet źródłem i motorem ważnych życiowych decyzji. W pewnym momencie mogłabym nawet startować w teleturnieju wiedzy o włoskich miastach i historii, szczególnie tej XV-XVI wieku, tak się obczytałam i opatrzyłam. Ale do Włoch nie pojechałam. Od kiedy zaczęłam jeździć do Rumunii, przestałam nawet o tym myśleć, a sporo ze zgromadzonej wcześniej wiedzy gdzieś uleciało. Jednak pewne zdarzenia i liczne rozmowy sprawiły, że w końcu postanowiłam wyjazdu do Italii dłużej nie odkładać.
NO I POJECHAŁAM. PIERWSZY RAZ, DRUGI. I TRZECI
Z trzecich w ciągu półtora roku wielkich włoskich wakacji wracałam z rosnącym chaosem w głowie. Nie wiem, gdzie byłam, nie pamiętam, co jadłam – oszaleć idzie z mnogością tu wszystkiego i dlatego ciągle trochę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Porównuję siebie w Italii ze sobą w Rumunii (a nawet na Węgrzech) i wychodzi na to, że coś mnie w tym włoskim bucie uwiera. Czegoś za mało, a może odwrotnie – czegoś za dużo? Momentami odczuwałam zmęczenie, znużenie, ba!, nawet lekką nudę.
Bolonia, Perugia i Siena wykończyły mnie tłumami amerykańskich i niemieckich turystów w wieku matuzalemowym, sprawiających wrażenie, że nie do końca wiedzą, gdzie są i dlatego muszą co chwila przystawać, żeby sprawdzić, na jakiej planecie wylądowali. Nie zrozumcie mnie źle – szanuję starszych ludzi – ale wielu z nich naprawdę wyglądało jak odbywający pokutę, jakąś pielgrzymkę w intencji odkupienia grzechów ciężkich. Było mi ich żal, gdy tak sunęli w skwarze, zawsze masą, przystawali i blokowali na amen i tak wąskie uliczki. Nie wiadomo było, czy ratować, czy ominąć. Tylko że ominąć nie było sposobu. Turystyka to jednak problem. Wiedzą o tym w Wenecji i wreszcie postanowili temu zaradzić. Moja druga wizyta w mieście zbiegła się z pierwszym dniem pobierania opłat za wstęp do miasta. Ale co to znaczy 5 euro?! Zapłaciłam i zapłaciłabym więcej. Niestety jestem częścią problemu, ale o ile mogę ominąć Bolonię, o tyle Wenecji nie umiem sobie odmówić. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że szczęśliwie dla mnie i dla Włochów nad zatłoczone miasta przedkładam cichą prowincję. Na przykład świetnie czułam się w Cremie – taki trochę większy Sokołów Podlaski, tylko ma katedrę z XIII/XIV wieku i parę pałaców. Chociaż miasto zyskało popularność dzięki filmowi Call me by your name, nie trafiłam na hordy kinomanów, za to nad rzeką Serio spotkałam zająca.
Włochy wizualnie zachwycają, ale włócząc się po miasteczkach i wioskach z dnia na dzień widziałam coraz więcej rozkładu i pleśni, będących zapowiedzią rychłego upadku, jak w Narni czy Montefioralle. Zresztą niektóre z tych miejsc mają to już zapowiedziane – jak Bagnoregio, które pewnego dnia runie w przepaść. Zdecydowanie lepiej wygląda to wszystko z dystansu – takie Orvieto czy Pitigliano widziane z oddali to widoki zapierające dech! Albo klimat małego miasteczka po zapadnięciu zmroku. Cudowne wieczory spędziliśmy w Bolsenie, popijając wino na placu u stóp starego pałacu, w którym – jestem pewna – mieszka szalona baronowa. Nietoperze też nie znalazły się tam przypadkiem. U progu nocy włóczyliśmy się po San Vittore, nad którym górowało kamienne opactwo San Vittore alle Chiuse i potężne skały skrywające jaskinie Frasassi. Poza nami żywego ducha. Klimat jak z Imienia róży.
Gros czasu spędziłam w miejscach, które inni turyści zazwyczaj omijają, tam zostawiając więcej pieniędzy. Taki mój mały trybut na poczet zrównoważonej turystyki.
PROJEKT NA LATA
Muszę uściślić, że wszystko, co piszę, dotyczy kawałka północnych i środkowych Włoch, w których do tej pory spędziłam w sumie sześć tygodni. Przejechaliśmy przez Friuli, Veneto, Lombardię, kawałek Ligurii i Emilię Romanię. Potem część Toskanii, Marche i Umbria, liźnięcie Lacjum. A więc poznałam ledwie fragment tego wielkiego kraju. Po trzech podróżach staje się jasnym, że poznawanie Italii to projekt na lata. I tego się spodziewałam, dlatego za każdym razem planuję taką trasę, która pozwoli zobaczyć tyle, ile ma sens w ciągu dwóch tygodni – żeby poczuć, przeżyć, doświadczyć. Zakochałam się w Wenecji, chociaż bardzo nie kocham tłumów. Znakomicie czułam się w Bergamo. Niezwykle podobała mi się Mantua. Doskonale odnalazłam się w Pawii. W Este, Cremie, Fabriano czy Bolsenie – małych miastach pełnych zabytków, których nie odnotowano nawet w przewodnikach, które ze sobą zabrałam – byłam jak u siebie. I nic dziwnego, bo ludzi w takich miejscach jest zdecydowanie mniej i toczy się w nich zwyczajne życie. W całości biorę Marche i Umbrię. Gdzieś tam mogłabym zamieszkać. Może w okolicach Spoleto? A może gdzieś na końcu wąskiej dróżki w okolicach Chianti? Tylko trzy podróże, sześć tygodni, a już nie mogę zdecydować, które wspomnienie i skąd jest tym najważniejszym. Czy błąkanie się po Narni, czy może Asyż, gdzie siedziałam na schodkach starej kamienicy i gapiłam się na tłumy sunące do świętego Franciszka (a przecież nie cierpię tłumów). Nawet Mediolan, który mnie przytłoczył, sprawia, że uśmiecham się na wspomnienie naszego tam mieszkania, bo przypominał mi Bukareszt.
SMAK ITALII
Można się naczytać i naoglądać, ale to martwe trochę. Życie tworzą smaki, zapachy i dźwięki. A to dają tylko na miejscu. Włochy mają dla mnie zapach maryśki (!) i kawy. Brzmią stukotem sztućców o talerze i krzykiem pawi przy akompaniamencie Brahmsa, Beethovena, Pergolesiego (Rai Classica). Kojarzą mi się z ulewnym deszczem w delcie Padu i ibisami łażącymi po polach. Mają kolor mlecznego błękitu rzek i ceglastej czerwieni murów kamienic. Smakują naparem z rozmarynu. Mają inensywność zuppa di pesce w towarzystwie lambrusco. Zupa wybitna, wino zaskakujące – pierwsze czerwone musujące, jakie piłam w życiu.
A skoro już jestem przy kuchni – Włochy to wszak ojczyzna smaku, punkt wyjścia i odniesienia. Gdzież nie dotarła włoska kuchnia?! Z tym łączy się jednak moje nie tyle rozczarowanie, co brak większych zaskoczeń. Poza wspomnianą zupą nie przeżyłam zbyt wielu niezwykłych uniesień, wręcz doszłam do wniosku, że z włoskim stylem żywienia nie za bardzo mi po drodze. To, co Włosi uznają za śniadanie, dla mnie ze śniadaniem nie ma nic wspólnego; makaron jem między 13:00 a 15:00, a po 19:00 to najchętniej wciągam wielką michę sałaty. Włosi pizzę i makarony jedzą wieczorem, a sałaty, które zamawiałam w knajpie – szkoda gadać. Z pewną Filipinką (od 25 lat we Włoszech, mąż Włoch, razem prowadzą knajpę) obśmiałyśmy to, co Włosi za sałaty uważają.
Nie chodzi mi o to, że jedzenie w Italii jest niedobre, że coś nie smakowało (z jednym wyjątkiem, ale o tym niżej), bo wszystko było pyszne, ale nie o tej godzinie, co trzeba! Wtedy, gdy ja konam z głodu, oni wszystko zamykają. Gdy ja zjadłabym już coś lżejszego, oni wjeżdżają z pastami i pizzami. Ja wolę, zamiast pizzy, po 20:00 zjeść miskę świeżych pomidorów z ogórkiem i czymś zielonym. W jednym miejscu musieliśmy czekać na otwarcie knajpy do 19:30. W desperacji pochłonęłam paczkę najzwyklejszej sałaty (miałam, na szczęście!) bez dodatków. W efekcie z każdego wyjazdu wracam grubsza, ale spróbujcie nie utyć od tych kluchów i buł jedzonych na kolację!
Nie wiem, skąd to przekonanie, że włoska kuchnia jest zdrowa. Śniadanie – tona cukru i kawa, lunch – tona węglowodanów, kolacja – nie dość, że późna to znów węglowodany, białka i tłuszcze, i cukier na deser. Jedocześnie uważnie przyglądałam się ludziom i jeśli ktoś miał wyraźny nadmiar ciała, to nie były to Włoszki. Bardzo to dziwne. Wielka włoska tajemnica.
Mam jednak też jeden bardzo pozytywny wniosek – dobrze mnie nauczyła Tessa Capponi-Borawska, pilnie i uważnie śledziłam Antoniego Carluccia i Gennaro Contaldo. Umiem gotować po włosku. Moje makarony są 100% włoskimi pastami – dajcie mi tylko składniki. Ale najważniejsze – moje tiramisù jest prawdziwym tiramisù z Treviso i Adrii! Mój prywatny kulinarny juror tak mówi, a więc to fakt. Próbowaliśmy tiramisù w wielu miejscach i – muszę to powiedzieć! – to były żarty, aberracje, pomyłki, a nie tiramisù! Bita śmietana? Sos czekoladowy? Co to w ogóle miało być?!
Za dwie rzeczy należy się jednak pochwała – lody i kawę. Pistacchio i crema z Osimo śnią mi się po nocach, a każde lody, które jem porównuję i oceniam według włoskiego wzorca. Kawa w Italii zaś zawsze i wszędzie taka, jak powinna.
No i trufle. Ale trufle to temat na oddzielną opowieść.
PSY MILE WIDZIANE
W czasie pierwszego wyjazdu, pod koniec kwietnia zawitaliśmy między innymi do Mantui – miasta Gonzagów – i to było coś! Co to za wspaniałe miejsce! Tłum był co prawda straszny, Festa della Liberazione, ale było zabawnie, a ludzi było równie dużo, co psów.
W ogóle to jest bardzo psi kraj. W Cremie zaczepił nas psi trener, z powodu Korka, który go zachwycił – powiedział, że Korek ma w sobie światło. A potem zapytał nas, skąd jesteśmy. Na wieść, że z Polski, ze łzami w oczach uścisnął nam dłonie i podziękował za Jana Pawła II. Wcześniej byliśmy na kolacji. Korek trochę narozrabiał – zmęczony całodziennym zwiedzaniem, więc nerwy miał słabsze. Na nasze równie nerwowe strofowanie go („zaraz nas wywalą, a my głodni”), kelner powiedział: tranquilo. A po chwili wrócił z telefonem i pochwalił się swoim psem, dumny z yorka bardzo. Na koniec przyniósł trzy kieliszki limoncello z hasłem „hospitality”, które wychyliliśmy, patrząc sobie prosto w oczy. I wreszcie pożegnał nas mocnym uściskiem dłoni. W San Gimignano weszłam do toalety za darmo, bo pani zarządzająca tym przybytkiem zakochała się w naszych psach, a na nas spłynęła kropla tej miłości. W Mediolanie psy dostały po ciastku gratis, za które my, gdybyśmy mieli na nie ochotę, musielibyśmy wybulić po 2 euro za sztukę. Zamiast ciastka zostaliśmy uraczeni dziesiątkami fotografii ukochanego amstaffka barmana – amstaffek na łóżeczku, amstawffek w morzu, amstaffek w parku.
W wielu miastach i miasteczkach psie place zabaw to norma. Można wchodzić z psem do sklepu i do restauracji. Tam, gdzie nie można, przepraszano nas za niedogodność. Zasadniczo jednak ograniczeń nie było prawie wcale. Jeśli gdzieś z psem nie można, wyraźnie jest to zaznaczone. Włosi naprawdę lubią psy. Nasze ciągle były zaczepiane, obgłaskiwane i obciumkowywane.
Psy, oraz kilka innych uwarunkowań i potrzeb, sprawiają, że muszę uważnie szukać noclegów. Jak do tej pory miejsca, w których się zatrzymaliśmy, były strzałem w dziesiątkę. Pod miastami, w zielonych, cichych okolicach i u sympatycznych gospodarzy.
PLUSY NIE PRZESŁANIAJĄ MINUSÓW
Trochę ponarzekam, ale to nie znaczy, że Włochy mi się nie podobają. Spotkało mnie tam wiele dobra i piękna. Były wzruszenia (Giotto u Franciszka w Asyżu! Wenecka Bazylika Santa Maria Gloriosa dei Frari!). To wspaniały kraj, tylko że za trzecim razem był już o wiele mniej zaskakujący i jakby skurczył się trochę. Ferrara poprzednio wydawała mi się o wiele większa, a przecież to ledwie małe miasto. Gdzież jej do takiej Florencji (ta z kolei za wielka).
Podróżowanie do takich miejsc ma swoją niewesołą konsekwencję – nie można sobie nie zadać pytania, dlaczego w naszym kraju, samym w sobie pięknym przecież, tak bardzo piękna się nie lubi. Co jest nie tak z polskim poczuciem estetyki? To jest pytanie retoryczne. Znam odpowiedź, ale jeżdżąc po Italii z niechęcią myślę o powrocie do ojczyzny. Bo patrzę na tę niewymuszoną włoską elegancję, osiągniętą bardzo prostymi środkami przy pomocy nieskomplikowanych form, z ogromną wrażliwością na detal, i robi mi się po prostu smutno.
Wędrowanie po Włoszech jest jednak niezwykle wyczerpujące. Moja wyporność dzienna wynosi maksymalnie trzy niewielkie miasteczka lub jedno większe na dzień. Potem odmawiam zatrzymywania się gdziekolwiek, a głowa pęka mi od nadmiaru wrażeń i przeżyć. W Rumunii jeszcze w trakcie podróży robię plany na następną. Od Italii muszę najpierw odpocząć, a potem pomyślę, gdzie ruszyć dalej.
Odbyłam już wstępny praktyczny kurs włoskiego, bo ze znajomością angielskiego jest tu słabiutko (o wiele gorzej niż w Rumunii!), ale wiadomo, że Włosi nic nie muszą, bo świat i tak do nich przyjedzie.
I nieprawdą jest, że nigdzie nie było „kordeł”! W jednym miejscu była – duża i ciepła. Wszędzie też mieliśmy ekspres do kawy. Herbatę wzięłam ze sobą, bo wiadomo, że w tym temacie to nie ma czego się spodziewać. Za to prawdą jest, że ludzie są tu wyluzowani, uśmiechnięci i bardzo sympatyczni.
Czy ta przygoda będzie mieć ciąg dalszy, to się okaże. Muszę przecież też wracać do Rumunii. Węgry też czekają. Ale na pewno jest o czym myśleć, wszak ledwieśmy tej Italii liznęli.