No i ruszyli turyści do Rumunii. Kolejne biura podróży namawiają na wycieczki, z facebooka wylewają się oferty planów tras dla motocyklistów i wielbicieli napędu 4×4, kuszą reklamy i artykuły sponsorowane. Wszędzie krąży ten nieszczęsny Dracula, wyeksploatowany bez sensu i do granic możliwości. Na Draculę przestałam już zwracać uwagę. Ostatnio czerwona lampka zapala mi się w głowie, gdy czytam/słyszę, że Rumunia to Bałkany.
Ileż to razy słyszałam to zdanie i towarzyszące mu głębokie westchnienie, gdy wspominałam, że mieszkam na nadbużańskim Podlasiu? Ileż to razy czytałam to zdanie okraszone stosownymi emotikonami w komentarzach pod postami o Suwalszczyźnie?
W XX wieku i dawniej zewnętrzna szata książki wyglądała tak: na pierwszej stronie okładki tytuł, autor, czasem nazwa wydawnictwa i jakiś element graficzny. Żadnych opisów, żadnych biogramów i żadnych blurbów! O książce wiedziało się co nieco przed zakupem lub wypożyczeniem, bo były to czasy, gdy z bibliotek korzystali niemal wszyscy, albo podejmowało się decyzję na podstawie fragmentów wyczytanych na jednej nóżce. Albo brało się w ciemno, szczególnie przed 1989, gdy wszystko brało się wtedy, kiedy rzucili. To były czasy, gdy nawet książki były spod lady.
„Postanowiłam zobaczyć na własne oczy ten dziwny kraj z prozy Stasiuka. Rumunia była jeszcze starą Rumunią, tą z Jadąc do Babadag, ale już się zmieniała, już goniła Europę. Czarna terenówka jechała tą samą drogą, co stary wóz ciągnięty przez chudą szkapinę. Terenówka spychała jednak wóz do rowu, a wielki tir, nie zwalniając na zakrętach, omijał idącą środkiem drogi krowę.
Kiedy zbierałam materiały do mojej książki o Rumunii, chciałam zamieścić w niej kilka słów o polskich uchodźcach, w tym o poetce Kazimierze Iłłakowiczównie. Sięgnęłam więc po biografię Iłła Joanny Kuciel-Frydryszak i zajrzałam się do najbardziej interesującego mnie rozdziału, poświęconego pobytowi poetki w Klużu. Przeczytałam, potem przeczytałam jeszcze raz i jeszcze, próbując zrozumieć, o co tu właściwie chodzi.
„Światło, kolor, wiatr, woda, natura i nadbużańska architektura o każdej porze roku wchodzą w dialog, kreują sytuacje i obrazy. I nieustająco inspirują. Może kiedyś napiszę powieść o mieszkańcach domu, który skrywał się pomiędzy drzewami za wałem, niemal nad samą rzeką. Był niewielki. Drewniana dwuizbowa chata, której serce stanowił kaflowy piec. Komin jeszcze stoi. Ściany domu padły po kolei pod brzemieniem lat. Za to doskonale zachowała się potężna ziemianka. Dziś teren wokół domu wzięły we władanie rośliny. Bujnie rozrasta się bez, z roku na rok gęstszy, w maju pachnie wprost ogłuszająco.
Ledwo człowiek wyjechał, a zaraz będzie wracał. Czas to dziwne zjawisko, niby linearne, a jednak kołem się toczy. I znów w sierpniu długie nocne rozmowy nad Marychą i Czarną Hańczą. I znów niebo gwiaździste nad nami. Tymczasem jednak jeszcze przygotowania. W tym roku w Budzie Ruskiej przypadło mi siedem rozmów i siedem spotkań. Wybieram się daleko za znany mi horyzont – do Amazonii, do Kazachstanu, do Indii i Mongolii. Ale i pokręcę się trochę bliżej i całkiem blisko – od Mołdawii po Norwegię, po puszczy Augustowskiej i najnajszej Suwalszczyźnie. I tylko jedno spotkanie to zagadka, bo gdzie zawędrujemy z dziećmi, tego nikt nie jest w stanie przewidzieć.
,,Tylko na murkach śpią koty” – pisał Herbert. I śpią nadal, jak spały, gdy poeta wędrował przez Italię. Dekady później wędrujemy i my. Wspinamy się, schodzimy ostro w dół, wystawiając na próbę nasze kolana i nie oszczędzając kręgosłupów. Tylko koty, te żywe i puchate, i te kamienne, porosłe mchem, albo z zastygłym w żelazie zezem, pozostają obojętne na nasze niezliczone okrzyki i westchnienia. Spoleto, Orvieto, Bagnioregio, Bolsena i inne miejsca, które wyglądają jak wyjęte z baśni, a ich nazwy brzmią jak nazwy eliksirów – być może korzystnych na obolałe, trzeszczące kolana.
Jeszcze do 9 sierpnia można oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie wystawę „Gotyk w Karpatach”.
28 maja 1830 roku w domu pastora Josepha Filtscha w Mühlbach przyszedł na świat niezwykły chłopiec…